Sylwetka

Poprzednia Początkowa sylwetka
Obecna Obecna sylwetka
Cel Mój cel

O mnie

Mam sporo zainteresowań między innymi: ezoteryka, reiki, astrologia, anioły, uzdrawianie itp, czytanie, rysowanie, malowanie itp, pisanie/książki,blogi/ poezja w tym haiku a ostatnio przysłowia i aforyzmy, filmy, grafika, joga, układanie krzyzówek. Ogólnie kocham wieś, dom, ciszę, spokój, pozytyne emocje i nie znoszę wysiłku fizycznego... A odchudzam się bo miałam problemy z poruszaniem się i bóle kręgosłupa o zadyszce nie wspomnę a przy stadzie kotów i psie nachodzić się trzeba... Cel na ten rok 79 kg

Informacje o pamiętniku:

Odwiedzin: 1597487
Komentarzy: 56270
Założony: 12 kwietnia 2011
Ostatni wpis: 7 lutego 2025

Pamiętnik odchudzania użytkownika:
araksol

kobieta, 60 lat, Będzin

163 cm, 85.20 kg więcej o mnie

Postanowienie noworoczne: do końca XII 2024 - 79kg

Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Masa ciała

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy w pamiętniku

12 lipca 2017 , Komentarze (15)

Aktywności ciąg dalszy. Najpierw pisanie opowiadań, a później porządki. Krzysiek się chyba ze sprzątaniem pogodził, bo ostatnio się nie awanturuje i siedzi cicho. Dziś może posprzątam w kuchni. Na razie zrobiony jest ganek, łazienka, sypialnia bez szafy i częściowo pokój dzienny i pracownia. Nie mam jakiegoś planu i działam ot tak na wariata trochę czyli robię to co w danej chwili mi wpadnie do głowy. Generalne porządki czekały na moją ochotę chyba z dwa lata albo i dłużej. Nie zawsze mam energię i nie jestem systematyczna w tych sprawach. Kiedyś gdy byłam młodsza sprzątałam po kątach raz w roku. Teraz już nie. Pedantką nie byłam jednak nigdy i moje mieszkanie nigdy nie było super zadbane. Tak będzie nadal, bo wychodzę z założenia, że są ciekawsze zajęcia od ciągłego pucowania mieszkania. Przez jakiś czas miałam panią do pomocy w domu ale nie bardzo miałam do niej cierpliwość, bo strasznie powolna była. Okno myła godzinę, a sprzątała pięć. Pewnie zależało jej by więcej pieniędzy zarobić. Ja okno myję piętnaście minut, a sprzątałam kiedyś góra trzy godziny. Poprzednia pani do pomocy też tylko trzy godziny sprzątała.

W niedzielę przesadziłam kilka roślin doniczkowych choć na to nie pora. Dziś może kupię doniczki i przesadzę kilka sukulentów. Dobrze im u mnie- rosną i kwitną. Ładnie rosną też hoje, dracenki i szeflery. Muszę za to pozbyć się amarylisów. Nie kwitną u mnie i się męczą. Zawsze zapomnę je zasuszyć i stąd problemy. W przyszłym roku wiosną może kupię fikusy- dębolistny, beniana i tradycyjny o barwnych liściach. Ciekawe czy się do moich chłodnych mieszkań nadadzą. Mam też zamiar dokupić kilka kaktusików i to wkrótce ale na razie o tym sza... :)

11 lipca 2017 , Komentarze (14)

17 dzień diety optymalnej. Czuję się dobrze. Najadam się po pachy i mam sporo energii. Obym tylko chudła. Na razie waga stoi jak zaklęta. Ćwiczyć nie zamierzam i może dziś po południu poproszę Krzyśka, żeby mi rower stacjonarny na strych wyniósł. Chętnie bym go sprzedała ale nie mam komu. Ćwiczenia to nie moja bajka i już się za nie brać nie zamierzam. Tyle razy próbowałam i nie polubiłam tego. Co najwyżej znosiłam i przy najmniejszych trudnościach rezygnowałam. Ostatnia była joga przez dwa miesiące. Wyniki były owszem ale siadły mi stawy i ból był okropny. Ramieniem wcale ruszać nie mogłam. No i po ćwiczeniach. Ból przeszedł po zabiegach bioterapii ale do ćwiczeń już nie wróciłam. Nie będę się narażać... Będę sobie skiny fat o ile schudnę i już. Byłam przez całe życie przecież, bo nigdy nie ćwiczyłam nawet na w-f w szkole.

Dziś jadę do miasta, a później pewnie będę coś w domu działać. Może sprzątać kolejne półki, bo śmieci zostały wywiezione i kontener pusty. Mogę w połowie go wypełnić. Zrobię to dyskretnie gdy Krzysiek pójdzie się po południu przespać, żeby mu nerwów ruchem w domu nie psuć.

A na koniec opowiadanie tym razem na faktach...

Ze wspomnień bioterapeutki

 

Od kilku minut nie spałam. Leżała w bezruchu, chłonąc ciszę poranka. Dzień budził się powoli. Noc już odpłynęła za zasłonę snu. Najpierw odezwały się ptaki. Pewnie wróble mające gniazda w winobluszczu okrywającym gąszczem liści wschodnią ścianę domu. Później krowa u sąsiadki dała znać, że najwyższy czas na dojenie, a jeszcze później dobiegło do moich uszu gdakanie kur. Nic tylko pani Basia już kręci się po obejściu. Musi być koło siódmej. Pomyślałam wystawiając twarz ku słońcu, przedzierającemu się przez firanki.

 

- Jeszcze chwilka - mruknęłam sennie, przeciągając się.

 

Zwinięta jeszcze przed chwilą obok mojej głowy, czarna jak noc, kotka Musia, właśnie wstała i wyprężyła grzbiet. Po chwili zaczęła mruczeć i wylizywać sobie łapki. Najwyraźniej nie była jeszcze głodna, bo z lubością wygrzewała się w słońcu.

Kotka zamieszkała ze mną ponad rok temu latem. Któregoś dnia znalazłam ją w lesie. Malutka była głodna, spragniona i przerażona. Pewnie znalazła się w tym miejscu, bo właściciele wyjeżdżali na wakacje. Cóż tak bywa. W ten sam sposób trafił do mnie kocurek Maciuś, bury pieszczoch, śpiący teraz w nogach łóżka.

Kochałam koty i pomagałam im od lat. Doskonale pamiętałam pierwszego kota, któremu pomogłam. To było jeszcze w czasach, gdy mieszkałam w mieście. Któregoś dnia rano natknęłam się na przystanku na maleńką szarą kuleczkę bezskutecznie kręcącą się wśród ludzi i miauczącą. Nikt nie miał czasu. Nikt się biedą nie zainteresował. Spóźniłam się wtedy do pracy, bo przecież musiałam wrócić do domu, żeby malucha nakarmić. Szef był wściekły i dał temu wyraz robiąc mi awanturę.

Jak to dobrze, że już żadnego szefa nie mam. Myślałam wstając.

 

Teraz zajmowałam się astrologią, bioterapią i agroturystyką. Przez cały rok wynajmowałam pokój. Tylko jeden. Przyjmowałam jedynie osoby chore zdecydowane na zabiegi bioterapii. Chętnych nie brakowało, bo pomagałam skutecznie, a zabiegi były bezpłatne. Były za to dwa dziennie i wliczyłam je w cenę pokoju. Oczywiście w ofercie było również całodzienne wyżywienie. Kochałam swoją pracę i wciąż się dokształcałam. Ostatnio np. wzięłam udział w warsztatach litoterapii.

 

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Narzuciłam szlafrok i wyszłam do ganku. Za drzwiami stała moja koleżanka, Krysia. Była blada, znękana i trzymała się za policzek, który był nieźle napuchnięty. Jej zawsze nienaganna fryzura była wzburzona, a ciuchy wymięte jakby w nich spała.

 

- Ratuj Anka, bo nie wytrzymam. Ząb mnie zaczął boleć w nocy, nie spałam ani minuty i jestem ledwie żywa. Tabletki nie pomagają wcale i już mi od nich niedobrze. Sorry, że o tej godzinie…

- No coś ty nie przepraszaj. Mus to mus. Trzeba było od razu w nocy przyjść, nie czekać – powiedziałam, szerzej otwierając drzwi.

- Waldek też tak mówił ale ja cię budzić nie chciałam. Wiem przecież, że dziś przyjeżdża ta babeczka z chorą córką i zacznie ci się młyn.

- Tak. Przyjeżdżają tuż po obiedzie. Zostaną dwa tygodnie. Lekko chyba nie będzie, bo mała jest po porażeniu dziecięcym. Wcale nie chodzi. Jest wręcz bezwładna, strasznie nerwowa i nie śpi po nocach. Matka jest wykończona, a na dodatek jej też nie jest lekko, bo ciężko klimakterium przechodzi. Monisię urodziła już grubo po czterdziestce. No ale wchodź dalej z tym zębem i siadaj. Zaraz zrobię ci seans dorzuciłam.

 

Już po chwili Krysia siedziała w kuchni na taborecie. Wyciszyłam się, poprosiłam opiekuna duchowego o pomoc, potarłam dłonią o dłoń i dotknęłam lekko ręką policzka koleżanki. Energia popłynęła bez przeszkód. Już za moment poczułam kłucie w dłoni i ciepło.

 

- Oj, oj czym to robisz – jęknęła Krysia. Boli jeszcze gorzej i policzek mi drętwieje.

- Wytrzymaj. Zaraz powinno przejść ale bez dentysty się nie obejdzie. Musisz tego zęba usunąć później jak ropa zejdzie.- Na razie płucz sobie szałwią i przyjdź do mnie jeszcze raz wieczorem na zabieg. Możesz też nalać sobie zimnej wody do miski. Sporo i deptaj w tej wodzie przez kilka minut. To odciągnie gorąco od głowy.

- O już przechodzi. Jesteś cudotwórcą kochana. Co ja bym bez ciebie zrobiła - uśmiechnęła się z ulgą.- Zęba oczywiście wyrwę. Już dawno to powinnam zrobić, bo mi plomba wyleciała ze dwa lata temu i się ukruszył. Tchórz jednak jestem okropny i dlatego zwlekałam tyle – trajkotała zadowolona i odprężona.

 

Po pięciu minutach już jej nie było. Zostałam sama. Ubrałam się szybko i nakarmiłam koty, które już od jakiegoś czasu kręciły mi się pod nogami. Maciuś oczywiście jak zwykle mięsa z puszki nawet nie dotknął i musiałam mu nasypać pełną miseczkę chrupek. Jadł specjalną karmę urinary, bo miał skłonność do kamieni w pęcherzu moczowym. Trzeba było na niego uważać. Musia za to wylizała miskę do czysta i rozciągnęła się w słońcu na parapecie okna w kuchni o mało nie zrzucając mi przy tym doniczki z geranium. Ja zabrałam się za pikowanie sadzonek sałaty i kalarepy. Roślinki były już okazałe i czas było zrobić z nimi porządek. Jeszcze trochę i wsadzę je do ogrodu. Myślałam. Zaraz z tym skończę, pójdę do ogrodu siać buraki i fasolkę. Może też posadzę pomidory i paprykę do donic. Planowałam. Jutro wysieję kabaczki i ogórki wsadzę, bo się zaczynają kłaść. Jak zaplanowałam tak zrobiłam. Tuż po dwunastej skończyłam pracę w ogrodzie, umyłam ręce i zrobiłam sobie kawę. Usiadłam w kuchni i delektując się nią, spokojnie czekałam na panią Wandę i Monikę.

 

Chore przyjechały po czternastej. Wyjmowałam właśnie szarlotkę z pieca gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam im, weszły to znaczy mama wniosła córeczkę, Monika na mnie spojrzała, wrzasnęła i ze złości ugryzła mamę w rękę. Pierwszy zabieg wykonałam wieczorem. Nie było to łatwe, bo Monika wprawdzie cały czas leżała ale potrafiła krzyczeć, pluć i kręcić się. Była bardzo inteligenta i uparta. Próbowała na mamie wywierać presję kaprysami ale pani Wanda była bardzo mądrą kobietą. Ulegała gdy mogła sobie na to pozwolić ale wejść sobie na głowę nie pozwoliła. Po pierwszy zabiegu Monika przespała po raz pierwszy kilka godzin w nocy. Wstała w lepszym humorze i chętnie zjadła śniadanie. Mama była wzruszona gdy rano mi o tym powiedziała. Drugą noc Monika przespała już całą i od tego dnia poprawa następowała w iście ekspresowym tempie. Piątego dnia dziewczynka siedząc na kolanach mamy zjadła obiad. Sama nabierała sobie widelcem ziemniaki i niosła je do buzi. Teraz już witała mnie z radością. Już się przyzwyczaiła i bez problemu akceptowała mój dotyk. Poza tym była znacznie spokojniejsza. Zaczęła się też interesować otoczeniem.

 

- Pani Wando proszę ją może zabrać nad jezioro – zasugerowałam ósmego dnia. To może być dla niej interesujące. Tam są dzikie kaczki, łabędzie i żaglówki.

- Dobrze pójdziemy – zgodziła się kobieta. A daleko to?

- Nie. Może z dwa kilometry góra – odpowiedziałam. Może proszę przejść do kiosku i kupić jej jakiś zeszyt i kredki. Może zechce rysować?

 

Dwunastego dnia rano gdy tylko weszłam rano z tacą ze śniadaniem od razu zobaczyłam, że coś się stało. Pani Wanda spojrzała na mnie ze łzami w oczach, podeszła do mnie i objęłam mnie.

 

- Pani Aniu – wykrztusiła. Monika zrobiła dziś rano trzy kroki sama. Nie spodziewałam się, a ona wstała, opuściła nóżki na podłogę i przeszła. To cud.

- Tak to bywa. Teraz już będzie tylko lepiej. Będzie zdrowa i sprawna. Jest za co dziękować siłom wyższym – uśmiechnęłam się.

 

Monika wyjechała zdrowa. No prawie. Potrzeba było jeszcze trochę ćwiczeń i rehabilitacji i miała szansę na normalne życie. Jej mama była szczęśliwa, wdzięczna i podała mój adres dwóm znajomym, które też miały chore dzieci. Chłopczyk z mamą ma przyjechać dziś. Też mu może pomogę. Uda się. Musi…

10 lipca 2017 , Komentarze (26)

Wczoraj wzięłam się na sposób ze sprzątaniem. Krzysiek poszedł spać, a ja po kryjomu posprzątałam półkę w kuchni. Trochę rzeczy wyniosłam do kontenera na śmieci. Wyrzuciłam też trochę moich nieudanych akwareli i obrazków malowanych pastelami. Byłam bardzo z siebie zadowolona. Niestety krótko. Wstał i poszedł wyrzucić śmieci i zobaczył, że w kontenerze śmieci dużo przybyło. Strasznie się wściekł i później się ze mną kłócił, bo śmieci mają być wywiezione dopiero we wtorek, a kontener już pełny...:( Z porządków jednak nie zrezygnuję. Będę robić po kryjomu aż zrobię.

Dziś miałam jechać do miasta ale szykują się burze. Pojadę pewnie dopiero jutro. Cieszy mnie ostatnio pogoda. Lato niby jest, a upałów nie ma i tak powinno być.Trochę mi tylko gorąco nocami. Czekam na Ankę z nadzieją, że przyniesie chłodne noce. Oby tylko sierpień nie był upalny.

Dziś po południu mam zamiar zrobić trochę porządku w pracowni, bo niby bałagan jest twórczy ale ten u mnie to już przesada. W pracowni nie ma gdzie stanąć. Czas to jakoś uporządkować. W przyszłym miesiącu może część rzeczy z podłogi sprzątnę, bo ma przyjechać Sebastian z wiertarką i ma mi powiesić półkę. Trochę rzeczy więc z podłogi zniknie. Jeśli mi się uda to też kupię półkę do ganku nad drzwi. Chcę na niej postawić ozdobne butelki, które na razie stoją na podłodze. Trzeba z bałaganem uciekać z domu puki lato. Zimą mi się nie będzie chciało sprzątać, bo koło pieca będę leżeć po całych dniach]:>.

Menu:gulasz angielski, jajecznica na boczku z piórkami cebuli, jabłko, kotlety sojowe z surówką z marchwi i kapusty kiszonej. Ostatnio jem bardzo mało węglowodanów, bo do 50g. Myślałam, że kiepsko to zniosę ale jest nieźle. Ciekawe ile kilogramów mi jeszcze spadnie. Waga jest strasznie oporna. Spada do 89 kg i dalej ani rusz. Później rośnie 93 kg i znowu spada. Tak się buja już kilka lat. Trochę mnie to wkurza ale co ja mam zrobić. Wybieram dla siebie tylko takie diety, które mi podchodzą. O innych nie myślę, bo tortur nie wytrwam. Nie zabiorę się też za ćwiczenia.

9 lipca 2017 , Komentarze (4)

Znalazłam wczoraj w internecie meble sosnowe o połowę albo i więcej tańsze od tych na które się tak napaliłam. Nie są takie piękne jak poprzednie ale cena mnie kusi. Poprzedni stół kosztował 1200 zł. Teraz znalazłam za 300 zł. Szafa ta ładniejsza 1600, a ta co znalazłam ostatnio około 800 zł. Myślę sobie, że jednak te tańsze kupię, bo na luksusy szkoda mi kasy. Drewniane meble tak, bo praktyczne i trwałe. Luksus nie, bo to głupota. Moje mieszkanie i tak nigdy ekstra nie będzie wyglądało, bo o nie nie dbamy to szkoda inwestować w piękne meble. Chyba stół do kuchni już w tym miesiącu kupię, bo mój antyk po prababci zjadły korniki.Dziś czeka mnie raczej nudny dzień. Wczorajszy też taki był. Po południu napisałam opowiadanie i wysłałam do redakcji. Później już nic do roboty nie miałam. W domu byłam sama i nic się nie działo. Nawet działać na Facebooku nie mogłam, bo mi się przeglądarka zawieszała i internet mulił. Pracować mi się nie chciało i spać też nie bardzo. Nie lubię takich dni...

Tak sobie myślę, że to poczucie nudy spowodowane jest monotonią. Niby mam i pracę ciekawą i pasje ale gdy się ciągle robi to samo to to nuży. Przydałby mi się może jakiś wyjazd na kilka dni. Pojechałabym do Sebastiana albo w góry- Bieszczady, Beskidy. Krzysiek się jednak nie zgadza. Sam za nic zostać nie chce, a wyjechać razem nie możemy, bo Pikusiem nie ma się kto zająć. Kotami by się zajęła mama. No i co to za urlop by z Krzyśkiem był? Pewnie by spał, a mnie jakiś wrażeń ostatnio potrzeba. Tylko jakich?

Jestem już na diecie dwa tygodnie. Schudłam prawie 3 kg. Super i oby dalej waga spadała. Menu na dziś: mielonka domowa, kotleciki z kalarepy plus młode ziemniaki ze śmietana i koperkiem, pomarańcza, sałatka z kiełbasy, jajek, marchwi i ogórka kiszonego z majonezem. Majonezu nie oszczędzam zjadam łyżkę.

8 lipca 2017 , Komentarze (12)

Wstaliśmy późno. Mam zamiar mimo weekendu coś napisać ale dopiero po południu. Teraz piję kawę i buszuję w internecie. Przydałoby się poderwać pracę przy prowadzeniu bloga o tematyce ezoterycznej lub na tego typu portalu. Lubię pisać teksty na ten temat i kiedyś pisałam do czasopisma dla starszych dzieci, a właściwie młodszych nastolatków. Była to stała współpraca. Pisałam psychotesty, horoskop, wróżby. Była też rubryka wróżka odpowie na listy. Bardzo mi ta praca odpowiadała i sprawdzałam się w niej. Wiedzę mam sporą, bo siedzę w tej tematyce od ponad 35 lat. Później wydawnictwo upadło i współpraca się skończyła.

Krzysiek dziś pracuje po południu. Awansował na zastępcę brygadzisty i wraca padnięty jeszcze bardziej, bo musi kontrolować pracę innych. Strasznie musi się nachodzić. Pracuje teraz na cały etat.

Sebastian pojedzie dziś chyba do pracy na wieś do kolegi. Sam jeszcze nie wie co będzie robił ale pewnie wszystko po trochu. On nawet lubi tego typu pracę. Do tego kolegi jeździ regularnie co jakiś czas.

Jestem na diecie optymalnej tylko zmniejszyłam nieco ilość tłuszczu. Teraz jem go niewiele więcej niż białka. Najmniej jem oczywiście węglowodanów. Menu na dziś: gulasz angielski, pomarańcza, jajecznica z pieczarkami, kiełbasą i piórkami cebuli, sałatka z jabłkiem, kalarepą, marchwią, ogórkiem kiszonym, piórkami cebuli i majonezem. Jem około 1200 kalorii. Waga spadać przestała ale i nie rośnie. Moja kondycja jest fatalna, a moja niechęć do ruchu jest astronomiczna. Wszystkie sprawy związane z fizyczną aktywnością wziął na siebie Krzysiek. Wyręcza mnie jak może za co mu jestem wdzięczna. Szkoda mi go, bo jest zmęczony, a brud i tak zalega po kątach. Ja to bym nawet czasem porobiła porządki. Mogę przecież sprzątać półka po półce na siedząco ale mi nie daje... Chciałabym zrobić generalne porządki we wszystkich szafach ale nie...Czarno to wszystko widzę i boję się co będzie za kilka lat...:(


7 lipca 2017 , Komentarze (4)

Nie mam ostatnio cierpliwości do Józka. Uwziął się na moje sukulenty i notorycznie z prawdziwym upodobaniem zrzuca je z okna. Wczoraj zrzucił trzy i jednego pogryzł. Całkiem go zniszczył i musiałam wyrzucić. Wie, że robi źle, bo gdy weszłam do pokoju od razu uciekł pod łóżko i tylko wyglądał czy się denerwuję. Ja się wściekłam wygoniłam go z pokoju, a on się obraził i cały wieczór mnie ignorował. W nocy ze mną nie spał tylko z Krzyśkiem. Dziś od rana znowu zaległ na oknie i nie chciał zejść. Wzięłam go na ręce i wyniosłam do pokoju dziennego. Był wściekły i aż miauczał :( Pewnie obrazi się na całego. Cóż to cały Józek kapryśny i humorzasty. Taki był od początku ale i tak go bardzo kocham...

Od kilku dni moje koty z problemami z pęcherzem jedzą zwykłe chrupki, bo z pokarmem urinary jest problem. Hakerzy zaatakowali konta dostawcy i ten karmy jeszcze nie przywiózł do przychodni. Mam nadzieję, że te kilka dni im nie zaszkodzi.

Wczoraj był u nas brat Krzyśka. Obejrzał rower Krzyśka i stwierdził, że jest w tragicznym stanie ale warto o niego zadbać, a nie od razu kupować nowy. Trzeba kupić dętkę i być może nowy łańcuch, bo stary całkiem zardzewiał. Trzeba go nasmarować. Krzysiek na nim mało jeździł i wcale o niego nie dbał. Remontować go mu się nie chciało i usiłował namówić mnie, żebym mu na imieniny kupiła nowy. Nie ma tak dobrze. Skoro ten może być sprawny to niech z niego korzysta. Uzgodnili, że Darek przyjedzie i spróbuje z rowerem zrobić porządek. Zna się na tym. Sam na rowerze nawet do pracy jeździ kilkanaście kilometrów w jedną stronę...

Sebastian dziś jedzie do pracy. Narobi się, bo ma wykosić około 3000 metrów kwadratowych. Przyjedzie padnięty i znowu nie będzie się mógł ruszyć, bo kręgosłup go będzie bolał. Ma z tym kręgosłupem problem od dziecka. Żal mi go, bo znam ten ból. Też mi to dolega, a przecież fizycznie nie muszę pracować. Z nim jest gorzej, bo nieraz aż się skrzywia gdy z kanapy się podnosi. Ma też problem z kolanem. Grozi mu endoproteza i często bardzo go boli ramię. Ma dopiero trzydzieści parę lat i jego stan będzie się ciągle pogarszał. Jak będzie pracował za kilka lat pojęcia nie mam...

A na koniec pełne uroku zdjęcie i znikam...


6 lipca 2017 , Komentarze (14)

Wczorajszy dzień zszedł mi na spaniu i lenistwie. Spowodowane to było tym, że w nocy zaczął mnie strasznie boleć brzuch i było mi niedobrze. Czemu nie wiem. Wzięłam tabletki na wątrobę, niestrawność i no-spę. Przeszło po pół godzinie. Tuż po czwartej ból obudził mnie z powrotem. Ponownie wzięłam leki ale już nie pomogły. Czekałam. Bolało do szóstej. Przeniosłam się z sypialni do pokoju dziennego, żeby Krzyśkowi nie przeszkadzać i dopiero rano usnęłam. Spałam z przerwami do trzynastej, bo wtedy poczułam się lepiej i zjadłam trochę. Po południu trochę pogadałam z Sebastianem. Później z mamą. O szesnastej miałam konsultację z malarstwa. Bardzo miła pani po malarstwie na ASP i z trzydziestoletnią praktyką pocieszyła mnie i uspokoiła. Według niej moja nauka podąża w dobrym kierunku. Są zaczątki własnego stylu. Namawia mnie bym nie starała się malować jak inni czyli koniecznie realistycznie. Własny styl jest ważny. Uważa, że idzie mi i kompozycja i dobór barw. Powinnam na to stawiać. Będę dalej ćwiczyć i na bieżąco wysyłać jej prace do oceny. Wieczorem napisałam dwa artykuły na portal. Jeden o rumianku czyli o jego właściwościach leczniczych i magicznych i drugi z tematyki magii o wykonywaniu sakiewek -talizmanów na powodzenie w miłości, finansowe i w pracy. Wieczorem malowałam...

Dziś może też coś napiszę i namaluję. Pewnie też będę wróżyć.

5 lipca 2017 , Komentarze (8)

Wczoraj byłam w sklepie. Musiałam, bo w lodówce były pustki. Teraz na diecie optymalnej mam więcej energii i nawet bez problemu wróciłam z siatką zakupów choć przyjemności mi to nie sprawiło, bo nie znoszę spacerów. Od wyjścia do powrotu minęło 30 minut w tym była droga ponad 2 kilometry w obie strony z tym, że w jedną stronę podjechałam autobusem. Zrobiłam trochę zdjęć w lesie. Kocham lasy i kiedyś marzyłam, że kupię domek w pobliżu. Nie wyszło. W moim lesie jest sporo ptaków w tym cudne dzięcioły. Są dziki i sarny. Przy okazji widziałam się z koleżanką. Ona też kocha koty. W tej chwili ma 9, bo jej się dwie kotki okociły. Nie chce ich wysterylizować i maluchy wydaje. Chętnie bym jednego wzięła ale mam już zbyt dużo kotów.

Dziś od rana pracuję i będę pracować prawie przez cały dzień, bo mam ochotę i trzeba to wykorzystać. Po południu mam konsultację z malarstwa. Wieczorem namaluję akwarelkę i poczytam. Tak dzień zejdzie...

4 lipca 2017 , Komentarze (10)

Nadal u mnie chłodno. Dziś może wyjdę do ogrodu dosiać fasoli szparagowej. Ta co Sebastian wysiał nawet wzeszła i rośnie. Po południu będę robić mielonkę z szynkowara. Oczywiście wieprzową. Tym razem zrobię z pieczarkami. Kusi mnie jeszcze z boczkiem i marchwią. Lubie domowe wędliny. Przy mielonkach dużo pracy nie ma. Mielonek kupnych wcale nie jem.

Wczoraj dzień miałam bardzo pracowity. Napisałam opowiadanie i dwa artykuły ezoteryczne. Wróżyłam poza tym i zrobiłam horoskop. Wieczorem podosypywałam ziemi do kilku kwiatków, bo Józek znowu ją wygrzebał. Jesienią może we wrześniu je przesadzę do większych doniczek. Jeszcze później malowałam akwarelkę na bazarek. Tym razem przygotowuję jeden dla bezdomnych kotów i drugi dla ratowania zwierząt po wypadkach komunikacyjnych. Wszystko mam wysłać w poniedziałek. Do tego wzięło mnie wczoraj na sprzątanie. Zrobiłam porządek na ławie. Trzeba było, bo sterta gazet była już wysoka na jakieś trzydzieści centymetrów. Krzysiek klął jak szewc, ponieważ nienawidzi ruchu i sprzątania. Energii mam teraz sporo. Czyżby dieta Kwaśniewskiego tak działała?

Menu: kotlet z sera, sałatka z jajek, cebuli, ogórka kiszonego i kiełbasy, jajecznica z pieczarkami, jabłko i pomarańcza.


3 lipca 2017 , Komentarze (4)

Nadal chłód. W nocy padał deszcz. Cieszy mnie to oczywiście. Oby więcej takich dni. Według prognoz długoterminowych lipiec ma być suchy i upalny. Nie jestem z tego zadowolona no ale wpływu na to nie mam. Pewnie nosa z domu nie wystawię i od wentylatora nie odejdę. Sierpień ma być deszczowy. To już lepiej.

Dziś ma przyjechać brat Krzyśka z kuchenką. Wreszcie zjem ciepły posiłek, bo od kilku dni jadłam tylko to co można upiec w piecyku i w mikrofali. Poza tym były tylko zimne posiłki. Mam ochotę na jajecznicę  z piórkami cebuli i boczkiem albo jajka z majonezem. Zjadłabym też młode ziemniaczki. Mogę zjeść jednego ziemniaka dziennie.

Nadal chudnę. Wciągu dwóch tygodni zrzuciłam prawie 4 kg mimo, że jem i to sporo. Ciekawe jak dalej pójdzie.

Zaczynam przygotowywać fanty na bazarek dla bezdomnych kotów. Tym razem wyślę decu, kartki, akwarelki i może antologie.

A na koniec parę zdjęć z ogrodu.