Waga 59,9 czyli żadnego postępu. W takim tempie to za 10 lat schudnę. Tak naprawdę to brak mi motywacji i sił. Z rana zajmuję się córką, na popołudnie do pracy i tak czasu mało dla siebie. Tak, wiem nie ja jedna, ale LEŃ to mój brat bliźniak. Często zaglądam na różne fora, czytam i czytam i podziwiam. Jak ktoś pisze, że na diecie redukcyjnej nie je węglowodanów lub tylko i wyłącznie ryż i pieczywo waza - ukłon. Ja tak nie potrafię. Jeszcze w liceum kiedy bardzo chciałam schudnąć, a docinki ze strony rówieśników bolały jak diabli miałam taką dietę cud- trzy duże (400g) jogurty naturalne z dodatkiem kakao i słodzika, oraz trzy cappuccina dziennie i finito. Schudłam wtedy około 15 kg w dwa miesiące. Osiągnęłam wtedy moją wymarzoną wagę (55kg) , mogłam nosić obcisłe dżinsy i byłoby super, gdyby nie to, że powoli nie miałam już na nic siły. I wystarczył kawałek ciasta zjedzony u ciotki na imieninach , żeby ruszyła lawina i witajcie z powrotem moje kilogramy, witajcie rozstępy. Teraz, będąc tuż przed 30stką, zmądrzałam (ale odrobinę). Moja recepta na schudnięcie- ujemny bilans energetyczny, i oczywiście ruch. Na moim przykładzie- wystarczy,że będę spożywać 1700-1800 kcal dziennie i ok 45minut ćwiczeń, żeby powoli chudnąć. Co jeść? Wszystko. Nie rezygnować ze słodyczy, ziemniaków, chipsów, piwa, jeść to co się lubi. Dlaczego? Bo nie wierzę, że można (jeśli ktoś lubi słodycze czy słone przekąski) na całe życie z tego zrezygnować. Trzeba tylko znaleźć złoty środek. A jak? Jak chcę coś słodkiego- mały batonik, chcę chipsy- zjem do 70g do piwka wieczorem w sobotę razem z moim M. Nie rezygnuję ze schabowego, czy KFC, tylko ograniczam, słucham mojego organizmu i staram się nie przejadać tylko najadać. Po prostu liczę kalorie, w głowie mam tabelę kaloryczną, i nawet jak chcę to nie potrafię się jej pozbyć. Oho, alem, że napisała. Plan na dziś- odpocząć, bo wolny dzień, ćwiczenia odpuszczam, bo znowu jakiś mięsień w plecach naciągnęłam (w pracy), i byle co to łupi. Do tej pory wypite dwie kawy z dużą ilością mleka i słodzikiem, zjedzone ok 250g pasków z łososia wędzonego z dużą pajdą chleba (nie mam apetytu po wieczornym obżarstwie). W lodówce tężeje sernik na zimno, bo bez słodyczy to ja nie mogę żyć. Eh, trzeba jeszcze wymyślić jakiś obiad, ale weny brak. Dobra, koniec wypocin, trzeba jeszcze zaglądnąć jak tam innym vitaliankom idzie odchudzanie, może da to mi kopa do dalszych działań.