Sylwetka

Poprzednia Początkowa sylwetka
Obecna Obecna sylwetka
Cel Mój cel

O mnie

Chyba pora coś zmienić bo cukrzyca puka do drzwi...

Informacje o pamiętniku:

Odwiedzin: 2390
Komentarzy: 47
Założony: 13 stycznia 2025
Ostatni wpis: 2 kwietnia 2025

Pamiętnik odchudzania użytkownika:
Tetania

kobieta, 34 lat, Tak

172 cm, 74.30 kg więcej o mnie

Postępy w odchudzaniu

Najskuteczniejsze odchudzanie w Polsce.

Wpisy w pamiętniku

5 marca 2025 , Skomentuj

Cześć. Wczoraj dzień bez treningu, bo im bliżej okresu jestem, tym słabsza się czuję. Odpoczęłam i dziś poszło mi lepiej niż przedwczoraj, tzn. spaliłam prawie 200 kcal. Łącznie z krokami to 350 kalorii aktywnych dziś.

Na obiad dzisiaj miałam gulasz z kotletów sojowych (taki mało ambitny, z dodatkiem kostki rosołowej i cebuli), do tego surówka z buraczków i trochę frytek mrożonych zrobionych na suchej patelni. Jak mi wywaliło brzuch po tym obiedzie...

Na kolację zjadłam kaszę mannę ze słodzonym kakao. Ugotowałam ją bardziej na płynną niż ostatnio. Potem zjadłam skyr waniliowy. W planach miałam jeszcze 2 miseczki cheetosów. Zjadłam 2 chrupki i coś na chwilę oderwało mnie od jedzenia i wiecie co? Odechciało mi się jeść. Moje ciało mnie naprawdę zaskakuje. Oddałam chrupki mężowi, który zrobił dzisiaj 71 km na rowerze, z czego połowę pod wiatr.

Na tym właśnie polega odchudzanie, na podejmowaniu właściwych wyborów tu i teraz. Pewnie gdybym zaczęła jeść apetyt by wrócił albo po prostu wmusiłabym to w siebie. Tak właśnie odzyskałam te 10 kg które schudłam w zeszłym roku. Ignorując sygnały sytości i napychając się pod korek. Nawet nie miałam radości z tego jedzenia i czułam się okropnie. Ale nie przestawałam jeść. Cieszę się, że dziś odniosłam kolejne małe zwycięstwo.

3 marca 2025 , Skomentuj

Witajcie. Dzisiaj czuję jakąś niemoc, chyba wczorajszy dzień był za intensywny. Mam 12 tys kroków i pół godziny chodziłam na orbitreku, ale kalorii nie spaliłam dużo - łącznie 255. Osłabiona jestem. Mam zakwasy, bo 2 dni temu poćwiczyłam na piłce. Znalazłam fajne ćwiczenia na mięśnie głębokie brzucha. Dziś rano miałam zarysowany całkiem fajny brzuch. Już po jednym treningu wygląda lepiej, tylko że zakwasy straszne.

2 marca 2025 , Skomentuj

Mam takie pytanko, bo rozważam kupno. Zastanawiam się czy warto. Za jakiś czas (po okresie) chcę zacząć treningi siłowe, a z doświadczenia pamiętam, że chodzę wtedy obolała i mam DOMSY czyli gorsze niż zakwasy bo dłużej trwające bóle mięśniowe. Przeczytałam, że kreatyna pomaga w regeneracji mięśni i zwiększa efektywność treningu.

Z drugiej strony znalazłam, że skutkiem ubocznym kreatyny może być zatrzymywanie wody w organizmie (a ja już i tak puchnę przez insulinooporność) oraz może powodować zaburzenia elektrolitowe a ja mam tężyczkę (niedobór magnezu i potasu). No i przeciwwskazania niepokoją, bo cukrzyca (mam stan przedcukrzycowy, to nie wiem czy bym mogła) oraz kamica nerkowa (nie miałam, ale po USG nerki mówili że wygląda jakby były początki). Co myślicie? Warto to brać przy odchudzaniu?

2 marca 2025 , Skomentuj

Witajcie. Pogoda wariuje i ja... Cały weekend w zasadzie przespałam, spanie do 9 i jeszcze w dzień... Okres zbliża się wielkimi krokami i cały wachlarz nieprzyjemności z nim związanych. Dzisiaj na spacerze zrobiło mi się tak gorąco, tak się zapociłam, że zdjęłam kurtkę (było tylko 4 stopnie) i chodziłam na bluzie.

Spacer rano był intensywny. Wieczorem wlazłam na orbitrek. Tak mnie wciągnął odcinek Dam i wieśniaczek, że zamiast zwyczajowych 30 minut pochodziłam 45. Pot dosłownie się ze mnie lał. Łącznie spaliłam aktywnością prawie 500 kalorii dziś.

A co dziś  jadłam? Na śniadanie 3 parówki proteinowe + grahamka, obiad - kurczak słodko-kwaśny z ryżem, a na kolację skyr marakuja, kaszka manna i cheetosy. Zrobiłam od razu dwie porcje kaszki (4 łyżki na pół litra mleka), żeby mieć też na jutro. 

Zaczęliśmy oglądać z mężem serial Biały lotos. Nawet ciekawy, chociaż nie aż tak jak Rozdzielenie.

1 marca 2025 , Skomentuj

Cześć! Wczoraj poszłam spać bez kolacji chociaż było ciężko. Złapała mnie nawet chcica na cheetosy, ale że była już północ to położyłam się spać. Jak mi było zimno pod kołdrą. Nie mogłam się rozgrzać.

A dzisiaj na wadze - 74,5 kg!!! No w końcu! Pierwszy cel osiągnięty! Nabrałam wiatru w żagle. Może uda mi się osiągnąć kolejny cel - 70 kg do końca marca? Wydaje się nawet realne.

Do zrzucenia zostało mi 14,5 kg, ale to już lepiej niż 20. 

A to jak zmieniły się moje wymiary:

biust ze 104 cm na 101 cm (-3 cm)

talia z 83 cm na 80 cm (-3 cm)

pępek z 96 cm na 91 cm (-5 cm)

biodra ze 103 cm na 101 cm (-2 cm)

udo prawe z 64 cm na 61 cm (-3 cm)

udo lewe z z 62 cm na 60 cm (-2 cm).

Szyi, ramion i łydek na początku nie mierzyłam, bo nigdy to nie były moje newralgiczne obszary, ale dzisiaj zmierzyłam by mieć porównanie:

szyja - 35 cm

ramię - 30 cm

łydki - 38 cm.

28 lutego 2025 , Komentarze (2)

Witajcie. Kojarzycie jak parę dni temu pisałam, że podliczyłam sobie co zjadłam i wyszło mi że jem koło 1500 kcal dziennie?... No to już nieaktualne. Dzisiaj coś mnie tknęło po obiedzie, żeby policzyć co dziś zjadłam i wyszło mi szokujące 1600 kcal i to bez kolacji. A że dziś nie ćwiczę, to spalę max 2000 kalorii (spoczynkowe garmin wylicza mi 1825 a z kroków mam 175). No i co teraz. Chyba nie mogę dzisiaj jeść kolacji...aaaaaah.

Tak bardzo żałuję, bo niepotrzebnie się objadłam na obiad. Zjadłam 1000 kalorii! Zrobiłam dorsza z frytkami z piekarnika plus buraczki ze słoika i jakoś nie zajarzyłam że za dużo tych frytek nasypałam. Potem sprawdziłam na opakowaniu, że one wcale nie mają, jak mi się wydawało, 80 kcal w 100g, a 130 kcal. AAAAAAAAAAAAA. Jeszcze się dopchałam puddingiem proteinowym caffe latte. Nie wiem po co, bo nie byłam już głodna. I nie smakował mi, hejtuje te puddingi.

Teraz 19, a wszystko jeszcze mi leży na żołądku i trawię, bo skończyłam jeść o 16.30. (obiad później, bo musiałam iść po niego do sklepu). Co jak o 22 mnie złapie głód, jak wytrzymam do rana. Ja pitolę. Jak do tego doszło, nie wiem...

Ale żeby mieć jakiś deficyt i nie trzasnąć jutro wagą o podłogę muszę teraz pościć. 

Czytam teraz że kobiety z uciążliwym PMS-em (ja mam najgorszą wersję) kilka dni przed miesiączką jedzą nawet 500 kalorii więcej. No kurna, jakbym zjadłam kolację to by się zgadzało. Wszystko przeciwko mnie.

A wiecie co mi mąż powiedział rano?! Że jestem koścista! Koścista! Jak osoba z nadwagą może być koścista?!!!! To przez to pewnie się nażarłam! Podświadomie poczułam że mogę... 

Aktualizejszyn. 21:23. Daje radę bez kolacji jak na razie, bo dalej czuję się pełna. Dopijam drugi słoik wody (tak, dobrze czytacie, słoik, lubię pić z dużego słoja po miodzie bo jakoś jest poręczniejszy dla mnie niż wielki kubek i mieści prawie litr wody). Pochodziłam sobie po mieszkaniu i zrobiłam 3000 kroków, niby spaliłam jeszcze 100 kalorii. Dobiłam do 9000 kroków. No zobaczymy co jutro waga pokaże.

27 lutego 2025 , Komentarze (2)

Witajcie. Dzisiaj kolejny deszczowy, pochmurny brzydki dzień. Średnio się wyspałam. Strzeliłam sobie kawę w pracy, ale tym razem nie dała mi kopa tylko poczułam się śpiąca. Do okresu 7 dni. Rano odczuwałam przygnębienie i nawet chwilę sobie popłakałam. Po pracy poczułam się od razu lepiej.

Obiad dzisiaj węglowodanowy: paczka warzyw na patelnię, kasza gryczana, twaróg. Dorzuciłam trochę frytek. Było to tak sycące, że nie dałam rady zjeść wszystkiego. Po obiedzie deser: pistacjowy wysokoproteinowy jogurt. Smakuje świetnie, a ma dużo białka i 150 kalorii. Jak dla mnie genialny zamiennik lodów pistacjowych. Już tak dawno ich nie jadłam, że w sumie nie pamiętam, jak smakują, może to dobrze :P 

Po obiedzie długo się czułam syta, więc na kolację zjadłam tylko 2 tosty i miseczkę chrupek. 

Orbitrek zaliczony. Nie był to jakiś mocarny trening, bo chodzę już 4 dni z rzędu. Jutro robię sobie przerwę. Regeneracja się przyda, no i nie będę mogła zwalić na to, że po treningu nabrałam wody. Bo w sobotę ważenie, chcę żeby już była waga nie wyższa, niż 75,00 kg!

A teraz najważniejsza kwestia: ile zjadłam pączków. Otóż zero - i była to moja świadoma decyzja podjęta już na początku miesiąca. Moje negatywne doświadczenie z pizzą z okazji Walentynek sprawiło, że postanowiłam nie korzystać z każdej nadarzającej się okazji by popuścić pasa. Do mojej decyzji przyczyniło się też bombardowanie mnie artykułami o pączkach już od początku miesiąca. Artykuł "wielki test pączków" przelał czarę goryczy. Zbulwersował mnie pączek za 17 zł za sztukę, bo poczułam jaki to jest wyzysk i chęć dorobienia się na naiwnych. I że te pączki to jeden wielki spisek, by ktoś zarobił, nieważne, że kosztem czyjegoś zdrowia. Dlatego zbuntowałam się i postanowiłam pączków w ogóle nie jeść. Jak już kiedyś pisałam, na mnie reklamy słodyczy działają jak płachta na byka i staram się robić im na przekór. Nienawidzę, jak ktoś mnie zmusza do jedzenia i jedzenia w imię jakiś zabobonów.

Inna sprawa, że pączek nigdy nie był w moich top 10 słodyczy, pewnie nawet nie w pierwszej dwudziestce. Moje ulubione słodycze, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem, to: (kolejność przypadkowa)

1. Ptasie mleczko

2. Krówki

3. Białe Michaszki czy Michałki (zawsze mi się myli)

4. Cukierki kawowe (ale takie jak czekoladowe)

5. Domowe ciasto drożdżowe

6. Muffin duo Wedla

7. Muffin czekoladowy 

8. Czteropak muffinów z Aldi

9. Lody pistacjowe

10. Lody koktajlowe koral, te 5 smaków, oczywiście duże opakowanie

11. Tiramisu

12. Ciastka jeżyki (wszystkie smaki)

13. Czekolada kawowa

14. Lody śmietankowe w wafelku i bez

15. Ciasto zebra

16. Ciasto pleśniak mojej mamy (to jest moje nr 1 chyba w ogóle)

17. Princessa orzechowa

18. Ciasteczka owsiane sante

19. Ciastka kruche maślane

20. Rurki waflowe z lidla

21. Rurki nadziewane każdy smak

22. Rożek francuski z serem

23. Wafelki przekładane polewą karmelową

24. Bezy

Na tym może zakończę, bo za dużo słodyczy mi się przypomniało XD 

Słodycze od dziecka są moją największą słabością. Od niczego się tak nie uzależniłam, jak od nich. Mogłam je jeść 3 razy dziennie i czuć się świetnie, choć wiedziałam, że to zdrowe raczej nie jest. Dlatego teraz jestem z siebie dumna, że od co najmniej miesiąca ich nie kupuję. I że udaje mi się zaspokajać głód cukrowy jabłkiem, serkiem proteinowym, budyniem słodka chwila albo kakao z witaminami. I oby tak było dalej. Mam stan przedcukrzycowy i insulinooporność, czemu trudno się dziwić, jak dużo słodkiego jadłam przez całe życie. Przynajmniej dzisiaj moja trzustka sobie odpocznie.

Z drugiej strony nie twierdzę, że tak będzie zawsze, bo życie pisze różne scenariusze. Najdłużej wytrzymałam bez słodyczy pół roku, a potem jak w urlop zaczęłam sobie folgować - na początku mi nawet nie smakowały, bo jak się wraca po takim czasie to są za słodkie - to potem popłynęłam. Jak alkoholik w ciąg. Dlatego rozumiem, jak ktoś przechodzi na dietę zero słodyczy i nie rozumiem, dlaczego inni mówią: oj tam, nie dajmy się zwariować, jeden pączek nic ci nie zrobi. To tak jak powiedzieć alkoholikowi: oj tam, jeden kieliszek nic ci nie zrobi... Powinno się kibicować takim ludziom i szanować ich wybory, a nie przymuszać do jedzenia, bo tylko oni wiedzą, z czym się zmagają i jaką ilość słodyczy są w stanie na raz pochłonąć. 

Rozwala mnie, że nawet dietetycy nagrywają filmy w stylu: możesz zjeść tego pączka bez wyrzutów sumienia i katowania się ćwiczeniami. Nie wiedząc, że nieświadomie przyczyniają się do tego zmuszania, dając do zrozumienia że skoro wszyscy będą jeść pączki to ty też musisz, bo tradycja. Przecież takie rzeczy są jasne jak słońce, że jak masz na coś silną ochotę to lepiej to zjeść. Chodzi mi o to, że niekoniecznie muszę odczuwać tę ochotę na zawołanie, bo jest jakiś dzień. Bo jak jestem na diecie i staram się nie myśleć o słodyczach w kategorii jedzenia, to nie pomaga mi takie: no zjedz, przecież możesz od czasu do czasu zjeść ten dmuchany glutenowy smażony na starym tłuszczu wyrób cukierniczy (tylko po, co jak nie mam ochoty bo jem zamienniki). No ale w końcu dietetycy zarabiają na ludziach z nadwagą... Klient odchudzony, klient stracony. Najlepiej więc by chudł jak najwolniej albo wcale. I żeby wrócił z jojo.

Nie mówię, że nie zdarzy mi się zjeść nic słodkiego nigdy, ale naprawę marzę, by móc zjeść ta jedną jedyną rzecz i nie lecieć następnego dnia po więcej... I kolejnego, i tak przez następny miesiąc i rok... Bo tak niestety mam. 

Pączek irytacji, że go tak nazwę, spowodował, że nie mam chęci sięgać na razie po pączka ani żadną z rzeczy z mojej listy ulubionych słodyczy. Nie mówię, gdybym miała chcicę 10/10, że muszę coś teraz zjeść, bo nie mogę wypędzić danej rzeczy z umysłu, pewnie bym skapitulowała. Ale jak mówię, udaje mi się jechać na razie na substytutach. Codziennie też pozwalam sobie na miseczkę cheetosów, one też mają cukier, chociaż są słone. 

A że zgodnie z porzekadłem, że jesteś tym co jesz - ja nie chcę być pączkiem!

26 lutego 2025 , Skomentuj

Cześć. Pobiłam dzisiaj niechlubny rekord drzemkowy. Spałam aż 3 godziny... to pewnie przez to, że w nocy włączyła mi się moczopędność i przez wędrówki do kibla byłam potwornie niewyspana. Tak mam niestety przed okresem. Czytałam że przed okresem ogólnie pogarsza się wrażliwość insulinowa i to by się zgadzało, bo potrzebuję więcej snu i więcej chodzę sikać.

Obejrzałam wczoraj jakiś film o insulinooporności, a w zasadzie wywiad z jakimś amerykańskim guru, który od lat zajmuje się tym tematem. Wywiad trochę mnie wkurzył, bo specjalista wyraźnie promował dietę keto - węglowodany powodują insulinooporność, a tłuszcze i białka nie, z czym się nie do końca zgadzam. Jednak zasiał we mnie ziarno niepokoju i dlatego dziś zrobiłam sobie na obiad kurczaka z warzywami mrożonymi na parze, a żeby to przełknąć, do kurczaka dodałam sos śmietanowy Culineo. Danie idealne, prawie zero węgli. Zaczęłam jeść i na początku było nawet ok, ale gdzieś w połowie porcji gardło mi się zasznurowało i zrobiło mi się tak niedobrze, że momentalnie odłożyłam talerz i poszłam do kuchni po naczosy, aby przegryźć smak i podbić kaloryczność. Nie dla mnie takie dania jak widać.

Na deser serek valio o smaku cappucino, smakował mi, ale ja lubię wszystkie słodycze kawowe.

Potem drzemka, a po drzemce orbitrek. Zero powera dziś. Jednak te 200 coś spalone. 

W ogóle jak się spocę na treningu i rozgrzeję, to przypomina mi się lato i motywuje mnie to żeby nie przywitać go w takim ciele. 

Kolacja - 2 tosty, trochę ciecierzycy z wczoraj i cheetosy o smaku pizza.

To tyle na dziś.

25 lutego 2025 , Skomentuj

Cześć. Orbitrek zaliczony. Chodziłam od poziomu 7 do poziomu 5 czyli trochę inaczej niż zwykle. Na 7 dość ciężko, ale jak potem przeszłam na 5 to czułam, jakbym chodziła na jedynce.

Dzisiaj obudziłam się w złej fazie snu i przez godzinę nie mogłam dojść do siebie. Musiałam zrobić sobie kawę, której nie piję. Ale chyba zacznę, bo nawet nieźle się po niej czułam. 

Po obiedzie nie poszłam na drzemkę, tylko zaczęłam robić ciasto drożdżowe na pizzowca. Byłby już gotowy, gdyby piekarnik nie zrobił mnie w konia... Włączyłam go jak zawsze i jak lampka zgasła, wrzuciłam do środka blachę. Po 25 minutach przychodzę i odkrywam, że piekarnik w środku jest zimny. Pokręciłam od nowa, tym razem się nagrzał. No i kolację zjem przez to późno, nie tak jak chciałam...

Na obiad zjadłam ogromną porcję warzyw na patelnię, tj. całą paczkę 450 g. Stwierdziłam, że skoro 100g to 50 kcal, to cała paczka wyjdzie i tak mało. Zwykle jadłam pół paczki. Do tego trochę pieczonej ciecierzycy, jeden serek zakopiański i sok pomidorowy. Bardzo się najadłam i rozbolał mnie brzuch. Chyba za dużo tych warzyw.

Przed chwilą w ramach pierwszej kolacji zjadłam skyra z borówkami i ananasem. Borówki smakują dziwnie, jakby leżały z miesiąc w piwnicy. Chociaż nie wyglądają na spleśniałe.

Próbowałam pokręcić dziś tym hula-hopem z obciążnikiem i ku mojemu zdziwieniu jest o wiele trudniej kręcić niż zwykłym kołem. W zasadzie to po paru ruchach sfrustrowana odpuściłam. Mąż sobie założył tego hula hopa i zaczął nim wywijać, jakby robił to codziennie... Jeszcze powiedział, że to bardzo łatwe.

Miałam też zacząć ćwiczyć na dużej piłce. Już 2 tygodnie temu ściągnęłam ją z pawlacza i kazałam mężowi napompować. Minęły 2 tygodnie, piłka leży, powietrza z niej trochę uszło. Mąż dziś dopompował, ale i tak jakoś nie miałam weny ćwiczyć. Orbitrek na razie wystarczy...

24 lutego 2025 , Skomentuj

Witajcie. Wczoraj znowu dzień przerwy od orbiego, ale był całkiem przyzwoity spacer, więc miałam trochę ruchu pomiędzy odcinkami serialu. Obejrzeliśmy cały pierwszy sezon i oczywiście nic się nie wyjaśniło i trzeba obejrzeć drugi :P 

Dzisiaj spalone 240 kalorii na orbitreku. Rano miałam słaby apetyt i zjadłam tylko tyle żeby nie było mi niedobrze. Na obiad resztka kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z wczoraj... Znalazłam świetny przepis ze świeżym ananasem, papryką, marchewką i to danie jest tak pyszne (i niskokaloryczne) że chyba będę robić co tydzień. Kolacja to tosty pełnoziarniste z szynką, serem i keczupem, sałata rzymska polana olejem z dyni (dziś odważyłam się zjeść go poraz pierwszy od krewetkowego zatrucia, gdy wymiotowałam tym olejem na zielono) i miseczka chrupek o smaku pizza. Głupie ale poszłam do kuchni po drugą miseczkę i podczas nasypywania zdałam sobie sprawę, że właściwie to się już najadłam... Więc wsypałam chrupki z powrotem do paczki.

A, zapomniałam o deserku, czyli puddingu proteinowym Valio o smaku czekoladowym... Śmieszne, ale po tym jednym dniu z naleśnikami odechciało mi się jeść słodkich rzeczy. Ale że już kupiłam tych słodkich jogurtów to muszę to zjeść zanim się popsują. I się zmusiłam. Smakował dziwnie, nie wiem czy kupię jeszcze ten smak.

Jeszcze dziwniejszego odkrycia dokonałam, gdy w sobotę postanowiłam policzyć kalorie. Bo miałam ochotę zjeść więcej na kolację. I wyszło w zaokrągleniu 1500 kcal ze wszystkim... trochę mnie to zszokowało, bo nie czuję żebym jadła za mało. Nie jestem głodna bo jem 4 posiłki i nie mam hipoglikemii. Z drugiej strony czemu nie chudnę, skoro jem tak mało. Zapotrzebowanie dziennie z aktywnością Garmin mi wylicza na 2100-2300 kcal w zależności ile spalę na treningu. To by oznaczało że mam całkiem duży deficyt. 

Drzemka dziś była ale nie będę z tym walczyć przed okresem.