Wczoraj tak sobie z jedzeniem, w osiedlaku same końcówki, niewiele kupiłam. Świeże i ładne były tylko bataty.Reszta co znalazłam w lodówce. I tak smutno wyszło, dużo węglowodanów.
s: chleb z pastą tuńczykowo-serową, jabłko
o: moi byli u teściowej to się najedli, mi przynieśli ciasto, ble z jakąś ramą było, jabłkiem przegryzłam, kawą popiłam
k: bataty z sosem czosnkowym, grzanki z pesto, czekoladka, kawa i na koniec rogal ze strabaka z apki. Nie opłaca się w ogóle 13,99 za trzy takie kanapki. Nie będę brać już. A po regularnej cenie to już wgl. Ale się przeszłam, ładna pogoda była. Osłabiona jestem po chorobie, teraz okres i znów wysoka temperatura na dworze. Generalnie kapeć jestem.
Wieczorem będę szła po cztery paczki, cerf i jakaś piekarnia...
Najlepszym podsumowaniem tego tygodnia, chyba... jest nocna niespodzianka, która mnie obudziła dzisiaj. Okres. Dlaczego? Prawie o nim zapomniałam, że będzie. Zero objawów PMS (bolące piersi, płaczliwość , drażliwość, opuchnięcie)No może minimalnie brzuch był większy wczoraj, ale myślałam, że to po lejsach na spółkę z córą. Nawet te lejsy i szklanka coli nie zrobiły dewastacji, bo na kolację sama z siebie zjadłam mniej. I tyle. Cud!
Marzę o tym i dążę do tego, by opanować tak prostą (niby) i oczywistą czynność człowieka jaką jest odżywianie. Zdrowe. Niby nic takiego, a jednak bez tego....wszystko inne się sypie w gruzy.
Czuję ,że jestem na właściwej drodze, chyba poraz pierwszy. Idzie mi to dość łatwo. Budżet na jedzenie na 3 osoby wynosił 250zł wydałam 260zł. To mnie trzyma w ryzach.
Kontynuuję to wszystko, w tym tygodniu. Plan mam taki, gdy już opanuje ten poziom i wejdzie mi wszystko w nawyk, nie wiem ile to zajmie, chce zwiększać ilość zdrowszych zamienników. Stopniowo i pomalutku. Może wyjdzie trochę drożej, może minimalnie.
Jedzonko z wczoraj, kuchnia resztkowa:
ś: podpłomyki x2
o:winogrona, burgery wege, warzywa
k: potrawka z ryżu, warzyw i tuńczyka; krakersy z siemienia lnianego. Nie było chleba juz więc wymyśliłam, miałam w spiżarce siemię. do tego hummus. Smaczne, najlepiej pasuje do hummusu i jakiegoś serka puszystego. Zostało mi trochę kalafiora, pół paczki sera mozarella, kasza gryczana.....
Wczorajszy dzień rozpoczął się od naleśników i szklanki mleka roślinnego z aldika. Kiedy się ruszam w pracy nie czuje tak problemu z cukrem, a teraz niestety...chciałam się ruszać, a nie miałam siły, bo choroba. Odrazu senność mnie mogła. Młoda poszła do szkoły sama, nie zadzwoniła jak się umawialyśmy, dzwoniłam nie odbiera, norma. Na librusie miała obecność, ale zawsze matka się denerwuje. Wróciła jakby nigdy nic ze szkoły, to miałam dzwonić???? 😳🤦Potem nie było co pić, jak nie pojadę po wodę do sklepu, to raczej nikt tego nie załatwi. Herbatą nie mogłam się napić, wzięłam jabłko. Potem następne. Choroba nie choroba, obiad trzeba zrobić. Miały być krokiety, obrałam pieczarki i jak zaczęłam smażyć to mi śmierdziały. Wyrzuciłam 😿Nauczka na przyszłość: z paczki zawsze pierwsze przerabiają pieczarki. Na szybko wymyśliłam potrawkę z mięsa z rosołu. Wyszła pyszna. Młodą udało mi się przekupić tylko czipsami, by poszła po wodę do sklepu, wzięła mi jeszcze kole na brzuch. Z jej kasy. Taki dzień...
śniadanie: naleśnik, mleko roślinne
jabłko
Obiad: zamieniony- oliwki, serek z olejem lnianym, ostatnia kromka z łososiem, kawa z mlekiem
jabłko, pół lejsow, pół coli resztę wylałam, trzy czekoladki urodzinowe
Kolacja: potrawka z.miesa z rosołu, im zrobiłam jeszcze z rosołu pomidorowke, koktajl truskawkowy z resztą mleka kokosowego
Odrazu poczułam różnice od tego śmieciowego żarcia. Energia życiowo- aurowa mi spadła i na żołądku i jelitach inaczej, ciężej.
..zatem zostaję w domu, w łóżku, na wolnych obrotach. Ale mimo wszystko wstałam ledwo o 5 rano, by zrobić naleśniki dla męża do pracy. Nie kupuje już w płazach drogiego jak czort jedzenia na drugie śniadanie, co bardzo się opłaca. Wczoraj też spędziłam dłuższy czas w garnkach i patelniach. Nastawiłam rosół wołowo-drobiowy, który gotował się 3h, w międzyczasie zagniotłam ciasto drożdżowe, podsmażyłam cebulkę i zrobiłam przepyszne cebularze. Potem dogotowałam makaron do rosołu. I tak zeszło. Niby nic, a jednak...trzeba jeszcze dodać mycie naczyń.
Wracając z pracy przez galerię handlową i cerffur, nie mogłam wytrzymać i zajrzałam z daleka i widziałam to "Bitwę po Grunwaldem" czyli dostawę do kosza z przecenami i rozdrapywanie towaru głównie przez emerytów. Trochę śmieszno, trochę straszno i mnie nie mogło tam zabraknąć. I kupiłam te owoce po przecenie winogrona i malinki za 7zł. Potem jeszcze kilo lobo dla męża za 4,50. No troszkę przekroczyłam budżet o 11,50 zł. Ale jak nie będę liczyć wody w przyszłym tyg to styknie. W przyszłym tygodniu, jeśli wyzdrowieje mam na popołudnie i do kosza nie zajrzę, bo o tej porze już nic nie ma.
Kot w drugim tygodniu nowej diety zjada wszystko, nic nie wyrzucam. Cud!
Wczorajsze jedzenie:
śniadanie: ja w pracy chleb z szynką i hummus
obiad: znów zamieniony, jak mam na rano to mi łatwiej, dwie duże kromki z pastą łososiową, kawa z mlekiem, 2 rafaello
to taki mały piątek. Nie byłam w sklepie. Sukces. Jednak mnie coś bierze, w moje pracy bardzo łatwo coś złapać od zakatarzonych ( alergicznie-nauczyciel zrozumie) dzieci. Może trzeba będzie iść na chorobowe.
Hit z wczoraj, zrobiłam koktajl z mrożonych truskawek i jogurtu , tak jak lubi moja córka. Ale cichaczem wrzuciłam tam surowego buraka. I wypiła do dna. Kolor był inny, dałam dwie łyżeczki miodu. Ale wypiła. Ja za to nie dałam rady całego i oddałam mężowi. Konsystencja nie ta, smak nawet. Hreczniki też dobre ( kasza, twaróg, jajko i oliwa do smażenia) Jedzenie z wczoraj:
śniadanie: ja w pracy to co dawali, czyli weka ser żółty, sałata, ogórek, serek malinowy/ mąż jajecznica na szynce, i kanapki z szynką do pracy/ córka kanapki z pesto
obiad: zamieniony z kolacją-grzanki z szynką, pieczarką, serem mozarella i pesto, koktajl, oliwki z zasobów spiżarki
kolacja: hreczniaki, kalafior z bułką tartą, mizeria z kozim jogurtem i sałatą
czekolada...jeszcze zasoby urodzinowe córki, 4 kostki duże
Wszystko jakoś tak spokojnie jeśli chodzi o organizację jedzenia i gotowanie.
Pogoda się zmieniła, a ja lepiej się czuję. Dla mnie mogłoby być stale 17 stopni, trochę chmur, trochę słońca, lekki deszcz. Teraz jest pięknie.
Ja już bez kasy. I postaram się już niczego nie kupować, pewnie mąż chciałby jabłka. Jest duży, prawie 190 cm i je więcej niż ja i Eulalia z wyzwania jutubowego😬. Dziecko je podobnie do mnie, czasem mniej. Mąż codziennie może zjeść 5-6 jabłek. Je 5 razy dziennie. Jeśli policzę wodę osobno to starczy 250 zl z mięsem i apkami. Swoją drogą w wyzwaniu nie było wody, a ja liczyłam z... 🤪 Wodę będę liczyć osobno to i na jabłka będzie. Mix z cerffura spoko całkiem. Wczoraj:
Jakaś jestem nie do życia od wczoraj, obstawiam pogodę. Pot ze mnie cieknie, chodzę w krótkim rękawku, a i tak ledwo żyję. Ciężko mi się myśli i porusza.Niby fajnie , że ładna pogoda. Czy to przez otyłość tak się czuję? Pewnie tak.
Czeka mnie jeszcze wycieczka wieczorna po paczkę, tym razem mix z cerfa, zobaczę co dają w mixach, skoro mąż chce mięsko. Wczoraj idąc do biedronki po paczkę wege trafiłam na mixa i wzięłam też. Było mięso wołowe na rosół i super. To są dwie paczki o wartości 24 zł łącznie, trochę mało, ale te porzeczki były drogie. Bazylia zdechła, trochę się podniosła po podlaniu. Nieśmiertelna sałata i pieczarki😉 Co można robić z sałaty??? Z pieczarek może tym razem zrobię krokiety.
Wczorajsze jedzonko:
s: ja w pracy/ córka kanapki z pastą z zielonego groszku/ mąż sałatka kartoflana
O: makaron z brokułami, szynka, serem mozzarella i jogurtem
...zaczął się od niedzieli. W niedzielę wydałam 96,24 zł-tgtg i osiedlak, a dzisiaj 71,23zł- tgtg biedronka, aldik i kosz cerffura. Łącznie 167,47 zł do końca tygodnia zostało mi 82,53 zł. Było pyszne tgtg prawdziwe chleby na zakwasie i pycha drożdżówka. Po biedronkę wegę idę wieczorkiem. Mąż zgłasza zapotrzebowanie na mięso- jest murarzem więc musi mieć krzepę. Udało mi się upolować dwie piersi z kaczki i szynkę prostuttio
A nie napisałam tego wczoraj, w sumie najważniejsze- zaczęłam mieć mniejszy apetyt, nie wiem czy to jest związanie z tym wyzwaniem, czy to pogoda, czy coś innego. Ale dzisiaj się zwazyłam i ważę 89,4 kg czyli około 1 kg zeszło. Będę to obserwować dalej.
Wczorajsze jedzonko:
S; kanapki z resztką pasty z fasoli, resztak sera, warzywa, chcleb na zakwasie z śliwką
O: kromka chcleba, frytki z obierek ziemników i resztka przysmaku świetokrzyskiego
k: ziemniaki, warzywka w masełku, haloumi smażone ulubione przez córkę, kiszony od teściowej
Polecam te frytki z obierek, bo smakują jak czipsy, gotowałam dużo ziemniaków na obiad i do kartoffesalad. Przypomniałam sobie o nich, po co wyrzucać, a córa klaskała z radości 🤪
Eksperyment mi się podobał, nawet BARDZO. Co prawda, ja przekroczyłam budżet 3,60 i mój mąż kupił sobie jakieś żelki i cole za 15zł dodatkowo, cóż począć, nie zabronię😛 ale mam nowe plany po zdobytych doświadczeniach.
Na pewno trzeba mieć czas:
A. na szukanie promocji, ale ja lubię szukać takowych
B.na gotowanie, raz idzie szybko, bo zostało coś z wczoraj, raz schodzi 2 h, ale ja lubie gotować i eksperymentować w kuchni
C. nauczyć rodzinę jeść co jest, szczególnie najmniejszych członków, ale moja młod daje radę 😁
W tym tygodniu ustalam budżet 250zł, ponieważ chcę kupić lepsze jajka, przynajmniej jedynki jak nie zerówki, są zdrowsze, smaczniejsze i podobno kury tak nie cierpią. Chcę też lepszego sera żółtego, ten blok z aldika o nazwie edamski był bardzo słaby. Chcę też mieć zdrowy tłuszcz, kupię olej lniany tłoczony na zimno do sałatek i twarogów. Kręci się z niego zdrowotna pastę budwigową. Tak, teraz pociągnę temat zdrowego odżywiania z możliwie najniższym budżetem. Przydało by się jeszcze zwiększyć trochę ilość białka w diecie.
Ponieważ tak było w jutubowym wyzwaniu, tak i tutaj ustalam dodatkowy budżet miesięczny 150zł na: olej, przyprawy, sos sojowy, sól, cukier trzcinowy, kawę, herbatę, drożdże, proszek do pieczenia. Kawę kupujemy lepszą z wrocławskiej palarni bo tanie kawy mi szkodzą.
Oraz 50 zł na ulepy cukrowe męża, które sobie kupuje w pracy.
100zł na zapasy długoterminowe do spiżarni. Łącznie 1300zł na miesiąc. No zobaczymy jak to pójdzie.
Mam dwie spiżarki, jedną z puszkami, słoikami i suchą żywnością z terminem minimum rok. W niej jest wszystko co jemy i co da się przechować. Spiżarnie przeglądam co pół roku i jak jest na dacie, przenoszę do spiżarni w kuchni. Tam są zachomikowane rzeczy z krótka datą i z czego gotuje na co dzień.
To są rzeczy które mi zostały po tym tygodniowym wyzwaniu. Ze spiżarki za to pociągnęłam poza budżetem borówki, płatki nori i kiełbasy.
To jedzenie z wczoraj:
s: wegeburgery z buraka
o: wczorajszy ryż który został zamieniłam w potrawkę curry z kurczakiem zagrodowym
k: pizza totalnie resztkowa
Piękny jest park Szczytnicki, udał mi się nawet zobaczyć karpie koi. Jak to dobrze ,ze mam tylko 15 min drogi tramwajem do niego.