Było hmm.. tak i siak (pogodowo = rowerowo), a dla mnie dawanie ostro w pięknych, pustych miejscach jest synonimem wakacji idealnych!!
Odwiedziliśmy "stare kąty" w nowopogodowej odsłonie np Arches na Mull. Trzeba tam iść długo na nogach, a morze + skały w niesamowitych kształtach są po lewej, a strome góry po prawej. I fotki będą, ale później, jak już S. wróci..
I taka była pogoda, że każde loch miało kolor turkusowy, ja ja krótkie spodenki na tyłku i nawet o o kąpieli tak ze 3 x myślałam!!
Ale każdego dnia było deczko gorzej pogodowo, ale też zdarzały się chwile magiczne związane z deszczem:
Chwila magiczna nr 1: Tioram castle. Położony w przepięknym miejscu na wzgórzu,
przypływ dostęp do niego zamieniał w wąską drogę, albo żadnej szczególnej drogi nie było, tylko "pole" dna morza z którego ptaki wydziobywały z wielkim zaangażowaniem nie wiem co (ślimaki różnej maści chyba i kraby, o bo co innego??) I padało do popołudnia, a potem nagle przestało, a S. z mokrego drewna wyprodukował (czary mary jak dla mnie) ognisko i pojawił się księżyc i gwiazdy i para jeleni przyszła pożerać trawę tuż koło nas..
Chwila magiczna nr 2: Carsaig pirs = koniec świata za wysoka górą. Siąpi coraz bardziej. A tam drzewo jak parasol, skały jak wiatrochron i porzucone ognisko!! + suche drzewo na długi czas... ogromnyniezrozumialy bonus = żadnych midges!!?
I jakim megaszczęśliwym dziwakiem się czuję, jak tak sobie siedzę_leżę z S. w namiocie godziny całe w deszczu i jak to dobrze jest.
Bardzo tylko trzeba uważać jak się czyta(jaka bieda z nędzą w tym temacie u mnie jest ostatnio) i dzierga (nordic romance3/4), żeby nie zostać znienacka zatopionym..